"Być może masz rację, ale ja chcę zaufać sobie" - o momencie, w którym stanęłam w swojej mocy i pozwoliłam sobie iść swoją drogą
Lata 2019–2024 były dla mnie szczególnie trudne. Czułam wtedy wiele zagubienia.
I o ile udało mi się przetrwać zderzenie ze ścianą w 2020 roku, o tyle później nie była to już tylko prosta droga z górki. Wciąż przychodziły momenty, w których czułam, jakbym błądziła po omacku. Szłam przez tunel i nie wiedziałam, dokąd iść. Czy idę dobrze, czy znowu kręcę się w kółko.
Wtedy ogarniała mnie pokusa, żeby znowu zgłosić się po pomoc do kogoś, kto pomoże mi zobaczyć szerszą perspektywę albo sięgnąć po cudzą opinię i wglądy.
W tamtym okresie w moim życiu pojawiało się wielu ludzi, którzy chętnie służyli mi radą.
Lub może „radą”.
Niewiele jednak dało się z nich wyciągnąć.
Czułam, że większość z tych osób mówi przez pryzmat własnych doświadczeń i utartych przekonań.
Mało kto naprawdę widział mnie i moją sytuację. A tego brakowało mi najbardziej.
Po skorzystaniu z jednej z płatnych konsultacji, podczas której spotkałam się wyłącznie z oceną i suchym komunikatem: „idź tu, bo to się bardziej opłaca, a tutaj nie idź”, co zupełnie zaprzeczało temu, co sama wewnętrznie czułam, uznałam, że to ostatni raz, kiedy szukam kierunkowskazu na zewnątrz. Myślę, że to był moment, który prowadził mnie do tego, żeby wreszcie zaufać sobie, nawet jeśli sama nie miałam jeszcze pewności co do słuszności swoich wyborów.
Prawdopodobnie też nie bez przyczyny trafiały się wtedy na mojej drodze osoby, które zamiast pomóc mi zrozumieć daną sytuację, sprawiały, że wpadałam w coraz większe zwątpienie.
Byłam trochę jak kulka we flipperze, odbijająca się od różnych elementów automatu, zanim wpadnie do otworu. Prawdopodobnie tym otworem i celem było właśnie zaufanie do siebie.
Zrozumiałam, że do końca nikt poza nami samymi (a może raczej naszą duszą) nie jest w stanie przewidzieć, co jest tak naprawdę celem naszego życia i jaka droga nas do niego zaprowadzi.
Ludzie mogą nam doradzać, oceniać naszą sytuację zgodnie ze swoją perspektywą, ale nawet jeśli coś obiektywnie wydaje się błędem, może być czymś ogromnie ważnym – kamieniem milowym dla naszego rozwoju i na naszej drodze do celu.
Myślę, że niejednokrotnie tak było w moim przypadku.
Zwieńczeniem tego całego procesu był moment, gdy napisał do mnie jeden znajomy z informacją (o którą nie prosiłam), że popełniam błąd w pewnej kwestii. Że idę źle. Że inne osoby też tak uważają. Były tam jeszcze słowa, w których pojawiła się ocena i odwołanie do osoby, która była dla mnie w tamtym czasie ogromnym autorytetem.
To mną z początku mocno zatrząsnęło. Bo skoro mówi to ta osoba, to być może taka jest prawda. Poczułam się źle. Poczułam, jakbym robiła coś niewłaściwego.
Finalnie jednak odpowiedziałam coś, z czego dzisiaj jestem bardzo dumna – mimo że wtedy nie byłam jeszcze w tym tak ugruntowana.
Powiedziałam mniej więcej takie słowa:
„Być może masz rację. Być może macie rację i tak jest. Ale ja chcę zaufać sobie. Sama chcę się o tym przekonać. Jeśli to jest prawda i jeśli to ja źle wybieram lub się mylę, to życie prędzej czy później to zweryfikuje i mi to pokaże. Miłość do siebie często oznacza to, że wybieram siebie i chcę zaufać sobie.”
To był pierwszy tak wielki moment, kiedy miałam odwagę przestać bać się swoich błędów i pomyłek. Tego, że mogę być źle oceniana lub że to, co robię lub co wybieram, będzie źle odbierane.
Stanęłam wtedy za sobą. Za swoimi wyborami. I dałam sobie do nich prawo. Jakiekolwiek by nie były.
Czułam, że mam prawo iść swoją drogą, wybierać to, co czuję i ufać sobie. I że to nie jest żaden błąd. To jest droga, która ma nas uczyć. Na której możemy sami coś weryfikować.
Nawet jeśli inni w danym momencie mają rację, nasze wybory nie muszą być pomyłką. Nie muszą oznaczać, że robimy coś źle.
To poczucie dało mi ogromną siłę, ogromny fundament i ogromne poczucie wolności.
Lata 2019–2024 były dla mnie szczególnie trudne.
Czułam wtedy wiele zagubienia.
I o ile udało mi się przetrwać zderzenie ze ścianą w 2020 roku, o tyle później nie była to już tylko prosta droga z górki. Wciąż przychodziły momenty, w których czułam, jakbym błądziła po omacku. Szłam przez tunel i nie wiedziałam, dokąd iść. Czy idę dobrze, czy znowu kręcę się w kółko.
Wtedy ogarniała mnie pokusa, żeby znowu zgłosić się po pomoc do kogoś, kto pomoże mi zobaczyć szerszą perspektywę albo sięgnąć po cudzą opinię i wglądy.
W tamtym okresie w moim życiu pojawiało się wielu ludzi, którzy chętnie służyli mi radą.
Lub może „radą”.
Niewiele jednak dało się z nich wyciągnąć.
Czułam, że większość z tych osób mówi przez pryzmat własnych doświadczeń i utartych przekonań.
Mało kto naprawdę widział mnie i moją sytuację. A tego brakowało mi najbardziej.
Po skorzystaniu z jednej z płatnych konsultacji, podczas której spotkałam się wyłącznie z oceną i suchym komunikatem: „idź tu, bo to się bardziej opłaca, a tutaj nie idź”, co zupełnie zaprzeczało temu, co sama wewnętrznie czułam, uznałam, że to ostatni raz, kiedy szukam kierunkowskazu na zewnątrz. Myślę, że to był moment, który prowadził mnie do tego, żeby wreszcie zaufać sobie, nawet jeśli sama nie miałam jeszcze pewności co do słuszności swoich wyborów.
Prawdopodobnie też nie bez przyczyny trafiały się wtedy na mojej drodze osoby, które zamiast pomóc mi zrozumieć daną sytuację, sprawiały, że wpadałam w coraz większe zwątpienie.
Byłam trochę jak kulka we flipperze, odbijająca się od różnych elementów automatu, zanim wpadnie do otworu. Prawdopodobnie tym otworem i celem było właśnie zaufanie do siebie.
Zrozumiałam, że do końca nikt poza nami samymi (a może raczej naszą duszą) nie jest w stanie przewidzieć, co jest tak naprawdę celem naszego życia i jaka droga nas do niego zaprowadzi.
Ludzie mogą nam doradzać, oceniać naszą sytuację zgodnie ze swoją perspektywą, ale nawet jeśli coś obiektywnie wydaje się błędem, może być czymś ogromnie ważnym – kamieniem milowym dla naszego rozwoju i na naszej drodze do celu.
Myślę, że niejednokrotnie tak było w moim przypadku.
Zwieńczeniem tego całego procesu był moment, gdy napisał do mnie jeden znajomy z informacją (o którą nie prosiłam), że popełniam błąd w pewnej kwestii. Że idę źle. Że inne osoby też tak uważają. Były tam jeszcze słowa, w których pojawiła się ocena i odwołanie do osoby, która była dla mnie w tamtym czasie ogromnym autorytetem.
To mną z początku mocno zatrząsnęło. Bo skoro mówi to ta osoba, to być może taka jest prawda. Poczułam się źle. Poczułam, jakbym robiła coś niewłaściwego.
Finalnie jednak odpowiedziałam coś, z czego dzisiaj jestem bardzo dumna – mimo że wtedy nie byłam jeszcze w tym tak ugruntowana.
Powiedziałam mniej więcej takie słowa:
„Być może masz rację. Być może macie rację i tak jest. Ale ja chcę zaufać sobie. Sama chcę się o tym przekonać. Jeśli to jest prawda i jeśli to ja źle wybieram lub się mylę, to życie prędzej czy później to zweryfikuje i mi to pokaże. Miłość do siebie często oznacza to, że wybieram siebie i chcę zaufać sobie.”
To był pierwszy tak wielki moment, kiedy miałam odwagę przestać bać się swoich błędów i pomyłek. Tego, że mogę być źle oceniana lub że to, co robię lub co wybieram, będzie źle odbierane.
Stanęłam wtedy za sobą. Za swoimi wyborami. I dałam sobie do nich prawo. Jakiekolwiek by nie były.
Czułam, że mam prawo iść swoją drogą, wybierać to, co czuję i ufać sobie. I że to nie jest żaden błąd. To jest droga, która ma nas uczyć. Na której możemy sami coś weryfikować.
Nawet jeśli inni w danym momencie mają rację, nasze wybory nie muszą być pomyłką. Nie muszą oznaczać, że robimy coś źle.
To poczucie dało mi ogromną siłę, ogromny fundament i ogromne poczucie wolności.
Jeśli nie chcesz przegapić nowych wpisów zaobserwuj mój profil na Instagramie albo zaglądaj tu po prostu co jakiś czas 😉

