Wejdź między wrony… - czyli jak szukając duchowości
zamknęłam się w kolejnej klatce
Jest zima 2020/2021.
Mam już pierwszych klientów.
Moja działalność zaczyna przynosić jakieś dochody.
Przeprowadzam się z rodziną do wymarzonego Trójmiasta.
A jednak codzienność wcale nie jest jeszcze prosta.
Ta łódka jakoś płynie. Nie tonie.
Ale wciąż uczę się funkcjonować wśród burz i fal.
Po rozmowach z Kasią zaczęłam jeszcze bardziej interesować się duchowością.
Pewnego dnia mocno przyciągnęło mnie stwierdzenie o kryształowych dzieciach.
Zaczęłam szukać więcej informacji i tak trafiłam na kanał YouTube mężczyzny,
który nazywał siebie mistykiem i uzdrowicielem duchowym.
Byłam pod wrażeniem tego, jak opisywał świat ducha, energii i życie po śmierci.
Miałam poczucie, jakby ktoś w końcu ubrał w słowa to, co od zawsze przeczuwałam.
Nie wydawało mi się to odjechane.
Raczej bardzo ludzkie.
Podane z humorem.
Bez nadęcia i sztucznego mistycyzmu.
Tym bardziej to do mnie trafiało.
Przeglądając kolejne wideoblogi zauważyłam, że uczy jasnowidzenia i kontaktu ze światem duchowym.
Poczułam, jakbym trafiła na swój święty Graal.
Byłam zajarana tym, że po pierwsze mogę w końcu uzyskać odpowiedzi na najbardziej dręczące mnie pytania, a po drugie nauczę się samodzielnie komunikować ze swoimi przewodnikami.
Ogromnym ratunkiem były też udostępnione przez niego medytacje prowadzone.
To one przynosiły mi ulgę i ukojenie.
Korzystałam z jego nauk, działań, a później — gdy miałam więcej gotówki — wykupywałam warsztaty rozwoju duchowego.
Gdy zaczęłam miewać swoje pierwsze wizje, poczułam, że chciałabym się tym z kimś podzielić.
Z kimś, kto być może ma podobne doświadczenia. Albo idzie podobną drogą.
Pod jednym z wideoblogów znalazłam link do społeczności zgromadzonej wokół jego kanału.
Kiedy dołączyłam, najpierw przyszła fala entuzjazmu.
Poznałam podobną do mnie dziewczynę.
Później jednak, gdy podzieliłam się treścią jednego z przekazów, ktoś na grupie zakwestionował go, twierdząc, że w żaden sposób nie pochodzi od duszy ani ze świata duchowego.
To wprowadziło we mnie zwątpienie w moje zdolności czucia.
Zablokowało mnie na jakiś czas.
W końcu zdecydowałam się opuścić tę grupę.
Potem było kolejne podejście.
Trafiłam do lokalnej społeczności.
Po spotkaniu na żywo zaproszono mnie do następnej.
Na początku wszystko wydawało się super.
Ludzie przyjaźni. Otwarci. Mili.
A jednak pełni podziałów.
Zanim obejrzałam się, zaczęłam nasiąkać cudzymi przekonaniami, językiem, ideami… I oni też byli przesiąknięci nimi za sprawą swojego „mistrza”.
Dla niego człowiekiem był ten, kto przynajmniej posiadał obudzoną jaźń.
Inni mieli być jedynie naczyniem dla mogących się w nich przebudzić świadomości.
To doprowadzało do wielu uprzedzeń. Do lęku przed obcowaniem ze społeczeństwem.
Do lęku przed „niskimi wibracjami”.
Każdy chciał być „właściwy”, „poprawny”. Nieświadomie dążył do bycia wyżej.
Powstawały więc konflikty oraz dochodziło do rozpadów rodzin i znajomości.
Ja sama, będąc pod wpływem tych przekonań, potrafiłam eskalować konflikty w relacjach,
stawiając siebie wyżej albo uznając swoje wybory za „bardziej słuszne”.
Miałam też przeświadczenie, że kiedy medytuję, uczestniczę w warsztatach i stosuję się do wskazówek guru — rozwijam się i idę dobrą drogą.
W końcu pojawiały się wizje.
Wzmacniało się czucie.
Przychodziły podpowiedzi, co robić.
Ale czy to naprawdę była zasługa jego metod?
Nie wiadomo. Te narzędzia pomagały mi przetrwać trudny czas, ale mogły działać dlatego, że obdarzyłam je ogromnym zaufaniem i wiarą.
Myślałam, że jeśli odejdę, to coś stracę.
Guru wciąż powtarzał, że wchodzi na coraz to wyższe poziomy.
Że kolejne warsztaty będą jeszcze bardziej spektakularne.
To budowało presję. Tworzyło efekt FOMO.
Muszę być na bieżąco. Bo inaczej coś mnie ominie.
Ale w końcu zapytałam siebie: czy naprawdę na tym polegać ma wolność?
Czy naprawdę chcę, żeby tak wyglądało moje życie?
Pełne warunków. Presji.
Poczucia bycia wciąż za mało.
Uczestniczenia w wyścigu o kolejny level duchowy?
Poczułam głęboko, że to nie jest coś, co jest dla mnie dobre.
Że mam dość tego więzienia i chcę uwolnić się z kajdan ciągłych ocen i pogoni za lepszą wersją siebie.
Odeszłam.
Nie tylko od tej społeczności, ale też od ideologii.
Potrzebowałam odciąć się, aby zrozumieć, czym tak naprawdę duchowość jest dla mnie,
kiedy wsłuchuję się w siebie, a nie w cudze głosy na zewnątrz.
Jest zima 2020/2021. Mam już pierwszych klientów. Moja działalność zaczyna przynosić jakieś dochody. Przeprowadzam się z rodziną do wymarzonego Trójmiasta.
A jednak codzienność wcale nie jest jeszcze prosta. Ta łódka jakoś płynie. Nie tonie. Ale wciąż uczę się funkcjonować wśród burz i fal.
Po rozmowach z Kasią zaczęłam jeszcze bardziej interesować się duchowością.
Pewnego dnia mocno przyciągnęło mnie stwierdzenie o kryształowych dzieciach.
Zaczęłam szukać więcej informacji i tak trafiłam na kanał YouTube mężczyzny, który nazywał siebie mistykiem i uzdrowicielem duchowym.
Byłam pod wrażeniem tego, jak opisywał świat ducha, energii i życie po śmierci.
Miałam poczucie, jakby ktoś w końcu ubrał w słowa to, co od zawsze przeczuwałam.
Nie wydawało mi się to odjechane.
Raczej bardzo ludzkie.
Podane z humorem.
Bez nadęcia i sztucznego mistycyzmu.
Tym bardziej to do mnie trafiało.
Przeglądając kolejne wideoblogi zauważyłam, że uczy jasnowidzenia i kontaktu ze światem duchowym.
Poczułam, jakbym trafiła na swój święty Graal.
Byłam zajarana tym, że po pierwsze mogę w końcu uzyskać odpowiedzi na najbardziej dręczące mnie pytania, a po drugie nauczę się samodzielnie komunikować ze swoimi przewodnikami.
Ogromnym ratunkiem były też udostępnione przez niego medytacje prowadzone.
To one przynosiły mi ulgę i ukojenie.
Korzystałam z jego nauk, działań, a później — gdy miałam więcej gotówki — wykupywałam warsztaty rozwoju duchowego.
Gdy zaczęłam miewać swoje pierwsze wizje,
poczułam, że chciałabym się tym z kimś podzielić. Z kimś, kto być może ma podobne doświadczenia. Albo idzie podobną drogą.
Pod jednym z wideoblogów znalazłam link do społeczności zgromadzonej wokół jego kanału.
Kiedy dołączyłam, najpierw przyszła fala entuzjazmu. Poznałam podobną do mnie dziewczynę.
Później jednak, gdy podzieliłam się treścią jednego z przekazów, ktoś na grupie zakwestionował go, twierdząc, że w żaden sposób nie pochodzi od duszy ani ze świata duchowego.
To wprowadziło we mnie zwątpienie w moje zdolności czucia. Zablokowało mnie na jakiś czas.
W końcu zdecydowałam się opuścić tę grupę.
Potem było kolejne podejście.
Trafiłam do lokalnej społeczności.
Po spotkaniu na żywo zaproszono mnie do następnej.
Na początku wszystko wydawało się super.
Ludzie przyjaźni. Otwarci. Mili.
A jednak pełni podziałów.
Zanim obejrzałam się, zaczęłam nasiąkać cudzymi przekonaniami, językiem, ideami… I oni też byli przesiąknięci nimi za sprawą swojego „mistrza”.
Dla niego człowiekiem był ten, kto przynajmniej posiadał obudzoną jaźń. Inni mieli być jedynie naczyniem dla mogących się w nich przebudzić świadomości.
To doprowadzało do wielu uprzedzeń. Do lęku przed obcowaniem ze społeczeństwem. Do lęku przed „niskimi wibracjami”.
Każdy chciał być „właściwy”, „poprawny”. Nieświadomie dążył do bycia wyżej.
Powstawały więc konflikty oraz dochodziło do rozpadów rodzin i znajomości.
Ja sama, będąc pod wpływem tych przekonań, potrafiłam eskalować konflikty w relacjach, stawiając siebie wyżej albo uznając swoje wybory za „bardziej słuszne”.
Miałam też przeświadczenie, że kiedy medytuję, uczestniczę w warsztatach i stosuję się do wskazówek guru — rozwijam się i idę dobrą drogą.
W końcu pojawiały się wizje.
Wzmacniało się czucie.
Przychodziły podpowiedzi, co robić.
Ale czy to naprawdę była zasługa jego metod?
Nie wiadomo. Te narzędzia pomagały mi przetrwać trudny czas, ale mogły działać dlatego, że obdarzyłam je ogromnym zaufaniem i wiarą.
Myślałam, że jeśli odejdę, to coś stracę.
Guru wciąż powtarzał, że wchodzi na coraz to wyższe poziomy.
Że kolejne warsztaty będą jeszcze bardziej spektakularne.
To budowało presję. Tworzyło efekt FOMO. Muszę być na bieżąco. Bo inaczej coś mnie ominie.
Ale w końcu zapytałam siebie: czy naprawdę na tym polegać ma wolność?
Czy naprawdę chcę, żeby tak wyglądało moje życie?
Pełne warunków. Presji.
Poczucia bycia wciąż za mało.
Uczestniczenia w wyścigu o kolejny level duchowy?
Poczułam głęboko, że to nie jest coś, co jest dla mnie dobre.
Że mam dość tego więzienia i chcę uwolnić się z kajdan ciągłych ocen i pogoni za lepszą wersją siebie.
Odeszłam.
Nie tylko od tej społeczności, ale też od ideologii.
Potrzebowałam odciąć się, aby zrozumieć, czym tak naprawdę duchowość jest dla mnie, kiedy wsłuchuję się w siebie, a nie w cudze głosy na zewnątrz.
Jeśli nie chcesz przegapić nowych wpisów zaobserwuj mój profil na Instagramie albo zaglądaj tu po prostu co jakiś czas 😉

