Wszechświat zawsze znajdzie drogę, aby Ci pomóc - jak poprowadził mnie zawodowo tuż po kryzysie
Gdy wróciłam do domu, próbowałam na nowo odnaleźć się w swojej rzeczywistości.
Nie miałam wtedy pracy, własnych pieniędzy ani nawet pomysłu na to, co dalej.
Mogłam jedynie zaufać temu, że tak jak mówiła Kasia – mam wsparcie i zostanę poprowadzona.
Próbowałam się więc na to prowadzenie otworzyć.
Myślę, że nam, ludziom, trudno jest zaufać i oddać się czemuś, co jest całkowicie poza naszą kontrolą.
Zwłaszcza kiedy nasze życie nie uwiera nas zbyt mocno.
Kiedy mamy „jakąś” pracę, która daje pieniądze.
Kiedy relacja w miarę spełnia nasze potrzeby albo przynajmniej obywa się bez dram.
Kiedy zdrowie nie przypomina o sobie codziennie.
Albo kiedy nie musimy martwić się o to, w czym wyprawić swoje dziecko do szkoły.
Ale gorzej, jeśli jedno – lub co gorsza wszystkie – z tych obszarów zaczynają się sypać jak domino.
Wtedy nietrudno o kryzys.
O załamanie.
O brak sensu.
A jednocześnie…
to właśnie takie momenty potrafią nas przebudzić. Zainicjować w życiu jakąś ważną zmianę.
Tak było też w moim przypadku.
Mogłam na siłę szukać rozwiązań, żeby jak żeglarz odzyskać kontrolę nad żaglówką targaną przez sztorm i wiatr.
Albo… zejść do szalupy, zapiąć pasy i zaufać, że żaglówka wyniesie mnie na powierzchnię. A po burzy przyjdzie moment, w którym znowu poczuję, skąd wieje wiatr — i będę mogła ustawić żagle zgodnie z jego kierunkiem.
Nie miałam wtedy siły ani ochoty, żeby się szarpać.
Postawiłam więc na zaufanie.
Na rozwiązanie numer dwa.
Któregoś razu zapytałam Kasię, jak wyłapywać sygnały od wszechświata. Skąd będę wiedzieć, w którą stronę podążać.
Kasia mówiła, że sygnały pojawiają się wszędzie tam, gdzie skierowana jest nasza uwaga.
W filmach.
W książkach.
W rozmowach ze znajomymi.
A nawet w prostych znakach na ulicy.
Postanowiłam więc czujniej przyglądać się temu, co się pojawia – nie próbując jednak fiksować się na tym zbyt mocno. Bo nietrudno dorobić własną ideologię do różnych życiowych wydarzeń.
Żeby nie pozostać całkowicie bierną, przeglądałam ogłoszenia z ofertami pracy. Szukałam też różnych pomysłów na biznes.
Nic mnie nie poruszało… aż do momentu, gdy zobaczyłam post na Facebooku.
Został opublikowany na dziecięcej grupie, którą obserwowałam, bo mój syn był wtedy jeszcze mały.
Kobieta szukała do swojego zespołu wirtualnej asystentki.
Ten zawód kilka lat temu był w Polsce czymś świeżym.
Pierwszy raz natknęłam się na coś takiego i kiedy wczytywałam się w ogłoszenie, poczułam, że to może być coś dla mnie.
Wzięłam udział w rekrutacji.
Wykonałam zadanie próbne, korzystając z zupełnie nowego dla mnie narzędzia. Okazało się zaskakująco intuicyjne.
Poczułam wtedy, że mam zmysł estetyczny.
Że praca z grafiką sprawia mi przyjemność.
Niestety… Rekrutacja nie zakończyła się sukcesem.
Nie dostałam nawet odpowiedzi.
Ale być może nie taki był cel.
Może nie chodziło o to, żebym tam trafiła – tylko żebym złapała haczyk. Zajawkę. Impuls.
To skłoniło mnie, żeby wejść w temat wirtualnej asysty głębiej.
Kiedy zbadałam go dokładniej, a także zapotrzebowanie i stawki na rynku, stwierdziłam, że ta praca jest idealna dla mnie. Przynajmniej na pewien czas.
I z ulgą odetchnęłam, że nie przeszłam tamtej rekrutacji.
Bo okazało się, że stawka była mocno zaniżona w stosunku do rynku.
W kolejnych miesiącach nauczyłam się prosić o to, co dla mnie ważne.
O pieniądze na kursy.
O czas na naukę.
O przestrzeń dla siebie.
Musiałam w końcu postawić siebie na pierwszym miejscu.
A jak się okazało – nie było to łatwe, kiedy przez lata było się głównie dla innych.
Ale udało mi się.
Zdałam ten egzamin.
Po przerobieniu kursów stworzyłam swoją własną ofertę. Były w niej różne usługi – a wśród nich także tworzenie stron internetowych.
Pierwsze strony stworzyłam za darmo, żeby budować swoje portfolio.
Jak się okazało, miałam wśród swoich znajomych osoby na to chętne.
Później jedna osoba powiedziała kolejnej.
Ktoś polecił mnie komuś i tak zaczęłam zarabiać na mojej ofercie, a z czasem przekształcać ją i rozwijać.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że wszechświat / Bóg nie potrzebował żadnych nowych drzwi ani dróg. Wykorzystał to, co już było.
Grupę, na której byłam.
Osoby, które znałam.
Potrzebny był tylko mój ruch.
Moja gotowość.
Wiara i zaufanie.
Reszta zaczęła toczyć się dalej.
Szłam jak za nitką do kłębka.
Do dziś obserwuję to z zachwytem i niedowierzaniem – jaki to piękny mechanizm.
Badam go coraz głębiej.
Gdy wróciłam do domu, próbowałam na nowo odnaleźć się w swojej rzeczywistości.
Nie miałam wtedy pracy, własnych pieniędzy ani nawet pomysłu na to, co dalej.
Mogłam jedynie zaufać temu, że tak jak mówiła Kasia – mam wsparcie i zostanę poprowadzona.
Próbowałam się więc na to prowadzenie otworzyć.
Myślę, że nam, ludziom, trudno jest zaufać i oddać się czemuś, co jest całkowicie poza naszą kontrolą.
Zwłaszcza kiedy nasze życie nie uwiera nas zbyt mocno.
Kiedy mamy „jakąś” pracę, która daje pieniądze.
Kiedy relacja w miarę spełnia nasze potrzeby albo przynajmniej obywa się bez dram.
Kiedy zdrowie nie przypomina o sobie codziennie.
Albo kiedy nie musimy martwić się o to, w czym wyprawić swoje dziecko do szkoły.
Ale gorzej, jeśli jedno – lub co gorsza wszystkie – z tych obszarów zaczynają się sypać jak domino.
Wtedy nietrudno o kryzys.
O załamanie.
O brak sensu.
A jednocześnie…
to właśnie takie momenty potrafią nas przebudzić. Zainicjować w życiu jakąś ważną zmianę.
Tak było też w moim przypadku.
Mogłam na siłę szukać rozwiązań, żeby jak żeglarz odzyskać kontrolę nad żaglówką targaną przez sztorm i wiatr.
Albo… zejść do szalupy, zapiąć pasy i zaufać, że żaglówka wyniesie mnie na powierzchnię. A po burzy przyjdzie moment, w którym znowu poczuję, skąd wieje wiatr — i będę mogła ustawić żagle zgodnie z jego kierunkiem.
Nie miałam wtedy siły ani ochoty, żeby się szarpać.
Postawiłam więc na zaufanie.
Na rozwiązanie numer dwa.
Któregoś razu zapytałam Kasię, jak wyłapywać sygnały od wszechświata. Skąd będę wiedzieć, w którą stronę podążać.
Kasia mówiła, że sygnały pojawiają się wszędzie tam, gdzie skierowana jest nasza uwaga.
W filmach.
W książkach.
W rozmowach ze znajomymi.
A nawet w prostych znakach na ulicy.
Postanowiłam więc czujniej przyglądać się temu, co się pojawia – nie próbując jednak fiksować się na tym zbyt mocno. Bo nietrudno dorobić własną ideologię do różnych życiowych wydarzeń.
Żeby nie pozostać całkowicie bierną, przeglądałam ogłoszenia z ofertami pracy. Szukałam też różnych pomysłów na biznes.
Nic mnie nie poruszało… aż do momentu, gdy zobaczyłam post na Facebooku.
Został opublikowany na dziecięcej grupie, którą obserwowałam, bo mój syn był wtedy jeszcze mały.
Kobieta szukała do swojego zespołu wirtualnej asystentki.
Ten zawód kilka lat temu był w Polsce czymś świeżym.
Pierwszy raz natknęłam się na coś takiego i kiedy wczytywałam się w ogłoszenie, poczułam, że to może być coś dla mnie.
Wzięłam udział w rekrutacji.
Wykonałam zadanie próbne, korzystając z zupełnie nowego dla mnie narzędzia. Okazało się zaskakująco intuicyjne.
Poczułam wtedy, że mam zmysł estetyczny.
Że praca z grafiką sprawia mi przyjemność.
Niestety… Rekrutacja nie zakończyła się sukcesem.
Nie dostałam nawet odpowiedzi.
Ale być może nie taki był cel.
Może nie chodziło o to, żebym tam trafiła – tylko żebym złapała haczyk. Zajawkę. Impuls.
To skłoniło mnie, żeby wejść w temat wirtualnej asysty głębiej.
Kiedy zbadałam go dokładniej, a także zapotrzebowanie i stawki na rynku, stwierdziłam, że ta praca jest idealna dla mnie. Przynajmniej na pewien czas.
I z ulgą odetchnęłam, że nie przeszłam tamtej rekrutacji.
Bo okazało się, że stawka była mocno zaniżona w stosunku do rynku.
W kolejnych miesiącach nauczyłam się prosić o to, co dla mnie ważne.
O pieniądze na kursy.
O czas na naukę.
O przestrzeń dla siebie.
Musiałam w końcu postawić siebie na pierwszym miejscu.
A jak się okazało – nie było to łatwe, kiedy przez lata było się głównie dla innych.
Ale udało mi się.
Zdałam ten egzamin.
Po przerobieniu kursów stworzyłam swoją własną ofertę. Były w niej różne usługi – a wśród nich także tworzenie stron internetowych.
Pierwsze strony stworzyłam za darmo, żeby budować swoje portfolio.
Jak się okazało, miałam wśród swoich znajomych osoby na to chętne.
Później jedna osoba powiedziała kolejnej.
Ktoś polecił mnie komuś i tak zaczęłam zarabiać na mojej ofercie, a z czasem przekształcać ją i rozwijać.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że wszechświat / Bóg nie potrzebował żadnych nowych drzwi ani dróg. Wykorzystał to, co już było.
Grupę, na której byłam.
Osoby, które znałam.
Potrzebny był tylko mój ruch.
Moja gotowość.
Wiara i zaufanie.
Reszta zaczęła toczyć się dalej.
Szłam jak za nitką do kłębka.
Do dziś obserwuję to z zachwytem i niedowierzaniem – jaki to piękny mechanizm.
Badam go coraz głębiej.
Jeśli nie chcesz przegapić nowych wpisów zaobserwuj mój profil na Instagramie albo zaglądaj tu po prostu co jakiś czas 😉

