Chciałam "przeskoczyć" do nowego życia, ale życie pokazało mi, że to nie tędy droga...

W 2021 roku zaprzyjaźniłam się z osobą z kręgu duchowości. Była to dla mnie piękna znajomość, między innymi dlatego, że bardzo dobrze się rozumiałyśmy.

Ja i ona. Dwie dziewczyny o podobnym spojrzeniu na świat. Dwie jakby z lekko podciętymi skrzydłami. Duchowość dawała nam wtedy coś ważnego – otuchę, poczucie sensu, nadzieję.

I przyszła któregoś razu do jednej z naszych głów taka oto myśl, że skoro z poziomu duchowego można oddziaływać na rzeczywistość, to może da się również jakoś odmienić swój los.

Zaczęłyśmy wspólnie poszukiwać sposobu. Próbować różnych technik. Wkręciłyśmy się w to przeogromnie, ale żadne z nich wtedy nie przynosiło konkretnych efektów. I tak spędziłyśmy chyba całe pół roku, snując wielkie marzenia, aż w końcu poczułam, że dłużej to nie ma sensu. Pozostała mi tylko żałoba po utraconych nadziejach.

Po tamtym epizodzie nie było mi już tak łatwo uwierzyć w jakieś magiczne rozwiązania.

A jednak…

Pojawiła się w moim życiu kolejna osoba, która zafascynowana zaczęła dzielić się ze mną treściami o technikach manifestacji. Na początku podchodziłam do tego z dystansem. Później stwierdziłam: „a co mi szkodzi spróbować?”. Dość szybko jednak zniechęciłam się tym i czułam, że coś mi w tym wszystkim nie gra.

Równocześnie, gdy w moim życiu pojawiły się kolejne trudności, na mojej drodze stanęła nowa osoba – bioenergoterapeutka. Ta tym razem, moje problemy widziała w energetycznych blokadach, uwikłaniach i podświadomych programach. Przeszłyśmy razem przez kilka wspólnych sesji i były to ciekawe doświadczenia, momentami nawet poruszające, a jednak poza chwilową ulgą nie zauważyłam, aby wpłynęły znacząco na poprawę mojego życia.

I tak w zasadzie wszędzie odbijałam się od ściany.

Próbowałam wpłynąć na swoje życie duchowymi i energetycznymi działaniami, afirmacjami, technikami manifestacyjnymi, jak i próbą zmiany swoich podświadomych przekonań. A jednak żadne z nich nie przynosiło mi namacalnych efektów i nie rozwiązało moich problemów.

W takich przypadkach wiele osób może dojść do wniosku, że to z nimi jest coś nie tak. Że być może za słabo wierzą. Za mało praktykują. Albo jeszcze coś innego. I potrzebne są kolejne działania, praktyki albo rytuały.

Ja jednak poczułam, że jestem już tym zmęczona. Wszelkimi próbami odmienienia swojego życia. Poszukiwaniem kolejnych przyczyn oraz źródeł problemów. Chciałam w końcu zacząć po prostu żyć.

Zobaczyłam też, że dałam się skusić tej myśli, że istnieje dla mnie jakaś droga na skróty.
Droga, która ominie cierpienie, pewne doświadczenia i przyspieszy wszystko.

Te wszystkie metody oraz techniki wydawały się bardzo kuszące. A mimo to głęboko w sobie czułam, że to nie jest droga dla mnie. Że potrzebuję przez coś przejść. Potrzebuję pewnych doświadczeń, aby dojść tam, gdzie finalnie odnajdę poczucie spełnienia.

Kiedyś, gdy byłam w rozsypce, żaliłam się Bogu i zadawałam mu różne pytania. I przyszły do mnie wtedy takie słowa:

„Myślisz, że ja dla Ciebie chcę źle? Czy dla swojego dziecka mógłbym chcieć źle?”

Zrozumiałam wtedy, że wszechświat, Bóg lub jakakolwiek siła wyższa nie są przeciwko mnie. Że owszem – czasem moja droga prowadzi pod górę. Czasem przez gęsty las. Ale finalnie prowadzi mnie ku czemuś dobremu. I że zawsze w końcu pojawia się jakiś znak, człowiek albo jakiś wodopój po drodze, kiedy tylko pozostaję w zaufaniu do życia.

Poodbijałam się więc od różnych metod i różnych drzwi, aż w końcu wróciłam do pokory, do zaufania i do życia. Przyjęłam to, że prawdopodobnie nie przeskoczę pewnych rzeczy. Ale poczułam też, że ta droga, którą mamy do przejścia, jest bardzo ważna. Bo to ona nas kształtuje.

I ona przygotowuje nas na to, abyśmy byli w stanie przyjąć to, co życie dla nas szykuje.

Tak naprawdę dopiero odkąd zaakceptowałam to, że potrzebna jest droga oraz zaufałam, że jestem na odpowiedniej – moje życie kroczek po kroczku zaczęło się zmieniać na lepsze.

W 2021 roku zaprzyjaźniłam się z osobą z kręgu duchowości. Była to dla mnie piękna znajomość, między innymi dlatego, że bardzo dobrze się rozumiałyśmy.

Ja i ona. Dwie dziewczyny o podobnym spojrzeniu na świat. Dwie jakby z lekko podciętymi skrzydłami. Duchowość dawała nam wtedy coś ważnego – otuchę, poczucie sensu, nadzieję.

I przyszła któregoś razu do jednej z naszych głów taka oto myśl, że skoro z poziomu duchowego można oddziaływać na rzeczywistość, to może da się również jakoś odmienić swój los.

Zaczęłyśmy wspólnie poszukiwać sposobu. Próbować różnych technik. Wkręciłyśmy się w to przeogromnie, ale żadne z nich wtedy nie przynosiło konkretnych efektów. I tak spędziłyśmy chyba całe pół roku, snując wielkie marzenia, aż w końcu poczułam, że dłużej to nie ma sensu. Pozostała mi tylko żałoba po utraconych nadziejach.

Po tamtym epizodzie nie było mi już tak łatwo uwierzyć w jakieś magiczne rozwiązania.

A jednak…

Pojawiła się w moim życiu kolejna osoba, która zafascynowana zaczęła dzielić się ze mną treściami o technikach manifestacji. Na początku podchodziłam do tego z dystansem. Później stwierdziłam: „a co mi szkodzi spróbować?”. Dość szybko jednak zniechęciłam się tym i czułam, że coś mi w tym wszystkim nie gra.

Równocześnie, gdy w moim życiu pojawiły się kolejne trudności, na mojej drodze stanęła nowa osoba – bioenergoterapeutka. Ta tym razem, moje problemy widziała w energetycznych blokadach, uwikłaniach i podświadomych programach. Przeszłyśmy razem przez kilka wspólnych sesji i były to ciekawe doświadczenia, momentami nawet poruszające, a jednak poza chwilową ulgą nie zauważyłam, aby wpłynęły znacząco na poprawę mojego życia.

I tak w zasadzie wszędzie odbijałam się od ściany.

Próbowałam wpłynąć na swoje życie duchowymi i energetycznymi działaniami, afirmacjami, technikami manifestacyjnymi, jak i próbą zmiany swoich podświadomych przekonań. A jednak żadne z nich nie przynosiło mi namacalnych efektów i nie rozwiązało moich problemów.

W takich przypadkach wiele osób może dojść do wniosku, że to z nimi jest coś nie tak. Że być może za słabo wierzą. Za mało praktykują. Albo jeszcze coś innego. I potrzebne są kolejne działania, praktyki albo rytuały.

Ja jednak poczułam, że jestem już tym zmęczona. Wszelkimi próbami odmienienia swojego życia. Poszukiwaniem kolejnych przyczyn oraz źródeł problemów. Chciałam w końcu zacząć po prostu żyć.

Zobaczyłam też, że dałam się skusić tej myśli, że istnieje dla mnie jakaś droga na skróty.
Droga, która ominie cierpienie, pewne doświadczenia i przyspieszy wszystko.

Te wszystkie metody oraz techniki wydawały się bardzo kuszące. A mimo to głęboko w sobie czułam, że to nie jest droga dla mnie. Że potrzebuję przez coś przejść. Potrzebuję pewnych doświadczeń, aby dojść tam, gdzie finalnie odnajdę poczucie spełnienia.

Kiedyś, gdy byłam w rozsypce, żaliłam się Bogu i zadawałam mu różne pytania. I przyszły do mnie wtedy takie słowa:

„Myślisz, że ja dla Ciebie chcę źle? Czy dla swojego dziecka mógłbym chcieć źle?”

Zrozumiałam wtedy, że wszechświat, Bóg lub jakakolwiek siła wyższa nie są przeciwko mnie. Że owszem – czasem moja droga prowadzi pod górę. Czasem przez gęsty las. Ale finalnie prowadzi mnie ku czemuś dobremu. I że zawsze w końcu pojawia się jakiś znak, człowiek albo jakiś wodopój po drodze, kiedy tylko pozostaję w zaufaniu do życia.

Poodbijałam się więc od różnych metod i różnych drzwi, aż w końcu wróciłam do pokory, do zaufania i do życia. Przyjęłam to, że prawdopodobnie nie przeskoczę pewnych rzeczy. Ale poczułam też, że ta droga, którą mamy do przejścia, jest bardzo ważna. Bo to ona nas kształtuje.

I ona przygotowuje nas na to, abyśmy byli w stanie przyjąć to, co życie dla nas szykuje.

Tak naprawdę dopiero odkąd zaakceptowałam to, że potrzebna jest droga oraz zaufałam, że jestem na odpowiedniej – moje życie kroczek po kroczku zaczęło się zmieniać na lepsze.

Jeśli nie chcesz przegapić nowych wpisów zaobserwuj mój profil na Instagramie albo zaglądaj tu po prostu co jakiś czas 😉

Podobne wpisy