Mój osobisty moment przejścia - na styku ciemności i światła

2020 rok to był mój rok wielkiego przejścia. Przesilenia. 
Tak jakby moje życie gdzieś odgórnie zostało zaprojektowane tak, że w określonym momencie przebieg zdarzeń doprowadza mnie do punktu granicznego – i pociąga za sobą całą lawinę zmian. 

Wtedy totalnie tego nie rozumiałam. 
Nie rozumiałam, czemu mimo moich szczerych chęci moje życie wcale nie wygląda tak, jak od zawsze tego pragnęłam.

Apogeum miało miejsce podczas czerwcowego, rodzinnego wyjazdu. Napięcie narosło do takich rozmiarów, że coś we mnie pękło jak balon i dotarłam do swojego osobistego kresu wytrzymałości psychicznej. 

Z falą wylewających się emocji wybiegłam z hotelowego pokoju, zjechałam windą na parter i ukryłam się zaraz za budynkiem, siadając na zimnej skale. Do moich uszu napływały dźwięki bawiących się w restauracyjnym ogródku gości. Popijali drinki, prowadząc przy tym głośne rozmowy.
 

A ja miałam tylko jedną myśl: 
„Już dłużej nie dam rady”. 

Czułam złość, bezsilność, smutekrozczarowanieDo głowy napływały scenariusze o tym, jak to wszystko zakończyć. 

W końcu gdzieś między płaczem i łkaniem a spojrzeniem w ciemne, gwiaździste niebo – zaczęła docierać do mnie subtelna, a jednak dobrze wyczuwalna energia. Jakby coś dawało o sobie znać. Jakby coś mnie wspierało w tym trudnym dla mnie momencie. 

Poczułam, że nie jestem sama. 
Tak jakby ktoś widział i słyszał moje wołania. Dawał znać, że to jeszcze nie koniec, że to dopiero początek historii. 

Lekko otrzeźwiałam.
Łzy przestały ściekać.
 Napływała cisza i spokój. 

Poczułam, że istnieje dla mnie przyszłość – taka, w której mogę być szczęśliwa. I że ważne jest, żebym w tym właśnie momencie nie poddała się. Nie rezygnowała z niej. 

Z tym poczuciem wsparcia, nadziei i wiary postanowiłam wrócić.
Powolnie otarłam łzy z policzków, podniosłam się ze skały i skierowałam się w stronę pokoju.

Nazajutrz poczułam, że mimo wszystko chciałabym porozmawiać z kimś, kto pomoże mi złapać szerszą perspektywę. Na grupie odczytów z kronik Akaszy znalazłam Kasię. Zaproponowała mi spotkanie tego samego dnia. 

Tuż przed moim powrotem do domu z gór porozmawiałam z nią telefonicznie. Ta rozmowa była dla mnie nieoceniona. 

Podczas odczytu Kasia zobaczyła przewodników, którzy byli przy mnie jakby głaszcząc mnie po głowie. A ja zaczęłam płakać, tym razem ze wzruszenia. To, co wcześniej było tylko jakimś przeczuciem, w połączeniu z jej wizją stało się dla mnie upewnieniem: że moje doświadczenia mogą być prawdziwe, a nie tylko wyobrażone. Że jestem przez kogoś widziana w swoim trudzie, bólu i cierpieniu.

Kasia była dla mnie jak latarnia. Jak osoba, która pokazała mi światełko w tunelu. Nie dlatego, że je przyniosła – tylko dlatego, że mnie o nim zapewniła. 

Nie wskazała mi rozwiązań. Nie doradziła drogi. Ale pokazała szerszą perspektywę: jak mogę się czuć, co może się wydarzyć, gdy dokonam określonych wyborów. Co teraz woła o moją uwagę i w jakim momencie jestem. 

Głęboko dotknęło mnie to, że w swoim życiu zapomniałam o miłości do siebie. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, czym ona jest… ale czułam, że to coś ważnego. I że to właśnie na tym muszę teraz skupić swoją uwagę. 

Z tą refleksją i wzruszeniem wracałam pociągiem do domu, myśląc: 
gdzie się zgubiłam – i jak mogę teraz powrócić do siebie…

2020 rok to był mój rok wielkiego przejścia. Przesilenia. 

Tak jakby moje życie gdzieś odgórnie zostało zaprojektowane tak, że w określonym momencie przebieg zdarzeń doprowadza mnie do punktu granicznego – i pociąga za sobą całą lawinę zmian. 

Wtedy totalnie tego nie rozumiałam. 
Nie rozumiałam, czemu mimo moich szczerych chęci moje życie wcale nie wygląda tak, jak od zawsze tego pragnęłam.

Apogeum miało miejsce podczas czerwcowego, rodzinnego wyjazdu. 
Napięcie narosło do takich rozmiarów, że coś we mnie pękło jak balon i dotarłam do swojego osobistego kresu wytrzymałości psychicznej. 

Z falą wylewających się emocji wybiegłam z hotelowego pokoju, zjechałam windą na parter i ukryłam się zaraz za budynkiem, siadając na zimnej skale. Do moich uszu napływały dźwięki bawiących się w restauracyjnym ogródku gości. Popijali drinki, prowadząc przy tym głośne rozmowy.
 

A ja miałam tylko jedną myśl: 
„Już dłużej nie dam rady”. 

Czułam złość, bezsilność, smutekrozczarowanie. 
Do głowy napływały scenariusze o tym, jak to wszystko zakończyć. 

W końcu gdzieś między płaczem i łkaniem a spojrzeniem w ciemne, gwiaździste niebo – zaczęła docierać do mnie subtelna, a jednak dobrze wyczuwalna energia. Jakby coś dawało o sobie znać. Jakby coś mnie wspierało w tym trudnym dla mnie momencie. 

Poczułam, że nie jestem sama. 
Tak jakby ktoś widział i słyszał moje wołania. Dawał znać, że to jeszcze nie koniec, że to dopiero początek historii. 

Lekko otrzeźwiałam. Łzy przestały ściekać. 
Napływała cisza i spokój. 

Poczułam, że istnieje dla mnie przyszłość – taka, w której mogę być szczęśliwa. 
I że ważne jest, żebym w tym właśnie momencie nie poddała się. Nie rezygnowała z niej. 

Z tym poczuciem wsparcia, nadziei i wiary postanowiłam wrócić. 
Powolnie otarłam łzy z policzków, podniosłam się ze skały i skierowałam się w stronę pokoju.

Nazajutrz poczułam, że mimo wszystko chciałabym porozmawiać z kimś, kto pomoże mi złapać szerszą perspektywę. Na grupie odczytów z kronik Akaszy znalazłam Kasię. Zaproponowała mi spotkanie tego samego dnia. 

Tuż przed moim powrotem do domu z gór porozmawiałam z nią telefonicznie. Ta rozmowa była dla mnie nieoceniona. 

Podczas odczytu Kasia zobaczyła przewodników, którzy byli przy mnie jakby głaszcząc mnie po głowie. A ja zaczęłam płakać, tym razem ze wzruszenia. To, co wcześniej było tylko jakimś przeczuciem, w połączeniu z jej wizją stało się dla mnie upewnieniem: że moje doświadczenia mogą być prawdziwe, a nie tylko wyobrażone. Że jestem przez kogoś widziana w swoim trudzie, bólu i cierpieniu.

Kasia była dla mnie jak latarnia. Jak osoba, która pokazała mi światełko w tunelu. 
Nie dlatego, że je przyniosła – tylko dlatego, że mnie o nim zapewniła. 

Nie wskazała mi rozwiązań. Nie doradziła drogi. 
Ale pokazała szerszą perspektywę: jak mogę się czuć, co może się wydarzyć, gdy dokonam określonych wyborów. Co teraz woła o moją uwagę i w jakim momencie jestem. 

Głęboko dotknęło mnie to, że w swoim życiu zapomniałam o miłości do siebie. 
Nie wiedziałam jeszcze wtedy, czym ona jest… ale czułam, że to coś ważnego. I że to właśnie na tym muszę teraz skupić swoją uwagę. 

Z tą refleksją i wzruszeniem wracałam pociągiem do domu, myśląc: 
gdzie się zgubiłam – i jak mogę teraz powrócić do siebie…

Jeśli nie chcesz przegapić nowych wpisów zaobserwuj mój profil na Instagramie albo zaglądaj tu po prostu co jakiś czas 😉

Podobne wpisy